środa, 9 czerwca 2010

Wiosenny brunch

Jestem rannym ptaszkiem, przynajmniej przez większość swojego życia byłam. Dziś na przykład wstałam o 3 nad ranem, dwie godziny spędziłam w Internecie, później wzięłam kąpiel, położyłam sobie wszystkie rodzaje maseczek, zrobiłam pranie, posprzątałam trochę kuchnię i zasnęłam na trzy godziny. Obudziłam się mega głodna, a Kuba - który rannym ptaszkiem nigdy nie był - oczywiście jeszcze spał, gdyż położył się spać mniej więcej wtedy, gdy ja wstałam. Ponieważ zbliża się deadline na oddanie tłumaczenia książki, które mi zlecono, a jestem - nie owijając w bawełnę - w ciemnej dupie, logiczne, że będę robić wszystko, tylko nie to, co powinnam. Dlatego też postanowiłam przygotować, po raz drugi w swoim życiu, jakiś smaczny brunch (jako ranny ptaszek brunchy nie uznaję) - ostatnie kilka dni spędziliśmy o suchym chlebie i równie suchym tofu (długa historia, mam nadzieję, że Kuba napisze niedługo kilka słów na ten temat) i łakniemy świeżych warzyw i owoców! Mamy również pełną lodówkę niemieckiego tofu i seitanu (o czym Kuba również napisze), które długo nie wytrzyma i musimy to wszystko skonsumować.

Po inspirację sięgnęłam do "Vegan Brunch" Isy Chandry Moskowitz i wybrałam dwa przepisy, które nieco zaadaptowałam. Tofucznica - ponieważ w lodówce pręży się (a raczej schnie) tofu, banana rabanada (bo mamy mnóstwo suchego chleba) oraz, już nie z książki, odświeżająca sałata. Do tego domowa lemoniada.

Wszystkie składniki na dwuosobowy, nie zapychający posiłek. Nam zostało trochę sałaty i tofucznicy na później, które właśnie dojadam zawinięte we wrapa. Banana rabanada nie miała tego szczęścia. :)


Wiosenna tofucznica

Składniki:

1 opakowanie tofu naturalnego (ok 300 g)

pół szklanki wody

średniej wielkości pomidor

garść rzodkiewek

dwa ząbki czosnku

łyżeczka kurkumy

łyżeczka kolendry

łyżeczka bazylii

szczypta soli

łyżka oliwy do smażenia

pół awokado do przybrania

Tofu otwieramy i odsączamy. Nasze niemieckie było przesuszone, więc musiałam dodać do niego na patelni wody. Chodzi o to, aby tofu po wrzuceniu na patelnię nie pływało we własnym sosie, ale zarazem aby nie było suche. Konsystencją na patelni powinno przypominać ściętą jajecznicę.

Zanim jednak wrzucimy na patelnię tofu, rozgrzewamy ją, wlewamy oliwę i smażymy przez około minutę posiekany czosnek. Następnie wrzucamy tofu, rozkruszając je nad patelnią. Przy pomocy szpatułki siekamy większe kawałki i smażymy, od czasu do czasu mieszając, przez 7-10 minut - aż do zrumienienia tofu. Jeśli będzie zbyt suche, dodajemy odrobinę wody i mieszamy.

Gdy czekamy na tofu, myjemy warzywa i kroimy je drobno. Następnie do niedużej miseczki czy szklanki wsypujemy przyprawy i mieszamy, na koniec dodając 1/3 szklanki wody. Gdy tofu będzie rumiane, zalewamy je tak przygotowaną miksturą i mieszamy dokładnie. Po kolejnej minucie dorzucamy warzywa i mieszamy. Po 2-3 minutach powinno być gotowe.

Tofucznicę podajemy przybraną plasterkami awokado - smakuje wybornie! - oraz z lekką sałatą.


Sałata z pomarańczą

Składniki:

4 duże liście sałaty lodowej

1 duża pomarańcza

Sałatę i pomarańczę myjemy. Pomarańczę obieramy a następnie wszystko rozrywamy na cząstki i mieszamy. Odstawiamy "do przegryzienia" na kwadrans. Smakuje fantastycznie bez żadnych przypraw - można oczywiście dodać do niej pomidora i cukinię, cebula też dałaby radę, oraz przyrządzić sos vinegret, ale nie robiłam tego, gdyż uznałam, że tofucznica jest wystarczająco mocno aromatyczna i nie ma takiej potrzeby.


Banana rabanada

Składniki:

2 dojrzałe banany

1 szklanka mleka sojowego naturalnego

łyżeczka aromatu waniliowego

4 łyżeczki zmielonego siemienia lnianego (w młynku lub blenderem w wąskim kubku)

2 łyżeczki kaszy manny

3 łyżki melasy z trzciny cukrowej

3 łyżki miodu wegańskiego (dla osób spoza Torunia i bez cierpliwości do gotowania mleczy np. sztuczny miód firmy Pudliszki)

suche pieczywo - bułki, bagietki, chleb

oliwa do smażenia

truskawki do przybrania

Według "Vegan Brunch" jest to tradycyjne brazylijskie śniadanie. U mnie spełniło funkcję deseru. Wzbogaciłam przepis o polewę z miodu sztucznego i melasy a mąkę kukurydzianą zastąpiłam siemieniem lnianym i kaszką manną (brzmi dziwnie, ale byłam święcie przekonana, że mąkę kukurydzianą mam, i gdy okazało się, że jej nie ma, musiałam zaimprowizować - najpierw dodałam dwie łyżeczki kaszy manny chcąc jakoś zagęścić ciasto, a później oświeciło mnie, że w lodówce stoi jeszcze zmielone siemię lniane, które zostało z ciasteczek orzechowych, zrobionych kiedyś przez Kubę - również wrzucimy przepis!).

Myjemy i obieramy banany. Odmierzamy szklankę mleka sojowego (u mnie szklanki mają 300ml) i mieszamy je z aromatem waniliowym. Do dużej miski wkładamy banany oraz wlewamy 1/3 szklanki mleka, miksujemy. Dolewamy mleka stopniowo i miksujemy na gładką masę. W oryginalnym przepisie było półtorej szklanki mleka na dwa banany, ja zużyłam 3/4 szklanki. Następnie dorzucamy 4 łyżeczki zmielonego siemienia lnianego i dwie łyżeczki kaszy manny, miksujemy.

Suche białe pieczywo (zastanawiam się, czy z razowym byłoby to tak samo smaczne, i nie mogę się zdecydować - będę musiała kiedyś spróbować) kroimy w plasterki o grubości 2-3cm i układamy na dużej tacy, może być też forma do pieczenia. Zalewamy bananami, obracamy, pokrywamy dokładnie masą i odstawiamy na dziesięć minut. Po dziesięciu minutach obracamy na drugą stronę i znów zostawiamy na dziesięć minut.

Rozgrzewamy patelnię na średnim ogniu i smażymy bułeczki na oliwie, 5-7 minut z jednej strony, 3 minuty z drugiej. Układamy usmażone rabanady na dużym talerzu i polewamy melasą i miodem - niedużo, ważne, żeby zaznaczyć ich smak, a nie, żeby chlebek w nich pływał. Mieszamy pół łyżeczki cynamonu, 2/3 łyżeczki kakao i pół łyżeczki mieszanki przypraw korzennych (u mnie kardamon, pieprz czarny, cynamon), następnie posypujemy nimi chlebki. Podajemy z przekrojonymi na pół truskawkami.

Na ciepło smakuje rewelacyjnie, na zimno również dobrze.


Lemoniada

Składniki:

średniej wielkości cytryna

2 łyżki cukru brązowego

1,5 litra wody


Wodę gotujemy i parzymy cytrynę. Następnie kroimy cytrynę w plastry i wrzucamy do dzbanka, usuwając wcześniej wszystkie pestki. Sparzenie cytryny jest bardzo ważne, bo jeśli tego nie zrobimy, całość będzie gorzka. Przy pomocy drewnianej łyżki ugniatamy cytrynę z cukrem a następnie zalewamy litrem gorącej wody. Odstawiamy do wystygnięcia - trochę to trwa, więc warto przygotować ją wcześniej - a gdy ostygnie, wstawiamy na pół godziny do lodówki. Prościej się nie da. :)


PS. Pamiętam o babeczkach i o torcie Kuby, pamiętam! Pewnie wrzucę wszystko pod koniec tygodnia.

wtorek, 1 czerwca 2010

Pif-paf!

Jak wspomniałam we wcześniejszym poście, razem z Olgą (kumpelą od piekarnika) zorganizowałyśmy Kubie urodzinową imprezę-niespodziankę. Znalazło się na niej sporo wegańskich pyszności!

Impreza-niespodzianka to świetny pomysł na prezent urodzinowy - i jeśli wasz/a partner/ka nie jest zbyt ciekawski/a, zorganizowanie nie jest specjalnie trudne. Jeśli udało nam się ukryć wszystko przed Kubą, który jest bardzo mądrym i spostrzegawczym chłopcem, to powinno udać się z każdym. :) Ponieważ Kuba uwielbia westerny, impreza miała charakter kowbojski, teksański, meksykański - po trochu z wszystkiego: stylowe kartonowe kaktusy, piękna gwiazda szeryfa w folii aluminiowej, designerskie kartonowe drzwi do saloonu... miałyśmy w planie jeszcze piniatę z paper mache, ale nie starczyło czasu.

Dekoracja mieszkania nic nas nie kosztowała - kartony walają się wszędzie a folia aluminiowa znajduje się praktycznie w każdej kuchni; w praktycznie każdej szafie rocznika 80-87 znajdzie się jakaś kraciasta koszula - wiadomo... natomiast każda mama ma płyty Dolly Parton!

Było również żarcie prawdziwych kowbojów - czyli mistrzowski seitan Zuzy, przyrządzone inaczej niż zwykle kotlety sojowe, naczosy, tortille, dużo kukurydzy i fasoli. :) A żeby załagodzić nieco ostrość wszechobecnego sosu tabasco, były babeczki czekoladowe i cytrynowe z różnymi kremami oraz czekoladowo-kokosowy tort z marcepanowym kaktusem (którego zdjęcia, z przejęcia, nie zrobiłam). Dla ochłody - prawdziwa lemoniada (taki ukłon w stronę "Lemoniadowego Joe").

Całe menu było owocem jednej wielkiej improwizacji, a że gonił nas czas, nie zapisałam żadnego przepisu! Nie pamiętam więc na przykład proporcji na tortille... pamiętam jednak, że nie zrobiłyśmy ich w 100% z mąki kukurydzianej, ale mniej więcej pół na pół z mąki pszennej (o konsystencji ciasta na zwykłe naleśniki) - inaczej nie dało rady wyrobić ciasta, bo kukurydza przylepiała się do dna miski i nie chciała rozmieszać!

Pamiętam natomiast kotlety sojowe, pastę fasolową i babeczki (razem z kremami) - dziś wrzucę kotlety i pastę; przepisy proste i krótkie, a jutro wyjeżdżam i z tego powodu mam dużo roboty.


Kotlety sojowe prawdziwego kowboja

Składniki:
opakowanie 100g kotletów sojowych marki Carrefour
marynata Tex-Mex firmy Kamis
szklanka wody
olej do smażenia

Marynatę Tex-Mex otwieramy i wylewamy do dużej miski. Zalewamy szklanką wody i dokładnie mieszamy. Następnie wrzucamy kotlety sojowe i staramy się tak je ułożyć, aby wszystkie były w marynacie. Ponieważ kotlety zawsze wypływają, warto wykorzystać patent z kiszenia ogórków - położyć na nich talerz pasujący obwodem do miski i go obciążyć. Kotlety zostawiamy na dwie godziny.

Po tym czasie rozgrzewamy na patelni dużo oleju - mniej, niż przy smażeniu frytek, ale bez szczypania się. :) Na rozgrzany olej wrzucamy 5-6 kotletów i smażymy na złoty kolor z dwóch stron. Uwaga - będą pewnie strzelać.

W ten sam sposób smażymy wszystkie kotlety.

Dobrze smakują w tortilli, z pastą fasolową i sałatą lodową.

Pasta fasolowa

Składniki:
3 szklanki ugotowanej czerwonej fasoli
sos Tabasco
1/3 szklanki oleju lub oliwy z oliwek
3-6 łyżek wody
sól i bazylia do smaku

Przepis tak prosty, że aż głupio mi o nim pisać, ale skoro wspomniałam wcześniej o paście, to powinnam chociaż w skrócie wspomnieć, co to za pasta była.

Wszystkie składniki wrzucamy do miski i miksujemy na gładką masę. Ja dodałam około 10 kropli sosu i Kuba twierdził, że go w ogóle nie czuć. Ale Kuba jest uzależniony od ostrego żarcia i ma wypalone kubki smakowe. ;) Pasta oczywiście nadaję się również na kanapki.

Za zdjęcia dziękuję Ewelinie! Za wegańską masę marcepanową, mąkę kukurydzianą, fairtrade'owy cukier brązowy i najsłodsze na świecie papilotki do babeczek - dzięki ci, Marks&Spencer!

poniedziałek, 31 maja 2010

Na osłodzenie po prawie rocznej przerwie :)

Upiekłam tort na Dzień Matki. Zrodził się w wielkich bólach, ale udało się. Nie mamy piekarnika w domu a kumpela ma stary piekarnik gazowy, który jest całkiem kapryśny – ciasto piekło się więc dwa razy – wieczorem i rano. Próbuję sobie przypomnieć proporcje, bo piekłam je prawie tydzień temu, tak więc do ilości podanych poniżej proszę podejść z dystansem. Co do czasu pieczenia – standardowy, w piekarniku nie działa termometr no i nie liczyłam, ile się piecze. Tak więc trzeba piec na wyczucie. Uważam, pomimo tych trudności, że warto było – ciasto wyszło naprawdę smaczne!

Ciasto cytrynowe

Składniki:
2,5 szklanki mąki
2 szklanki mleka sojowego naturalnego
2 duże cytryny
pół szklanki cukru brązowego
łyżeczka aromatu cytrynowego
pół szklanki oleju
szczypta soli
dwie łyżeczki proszku do pieczenia

Zaczęłam od sparzenia cytryn i starcia skórki. Następnie wymieszałam razem wszystkie suche składniki, na koniec dodając skórkę. Wycisnęłam sok z cytryn do szklanki i dopełniłam do pełna mlekiem sojowym, wlałam do suchych składników. Dodałam drugą szklankę mleka, aromat, olej i wymieszałam. Konsystencja ciasta była gęstawa – nie płynna, ale też nie taka, jak ciasto na pizzę.

Przełożyłam wszystko do wyczesanej formy papierowej w kształcie serca i piekłam, piekłam, poszłam spać, wstałam, piekłam, aż się w końcu upiekło. Gdy ciasto ostygło, ścięłam wierzch na równo, przekroiłam je i wysmarowałam w środku marmoladą. Powinnam była również zwilżyć je nieco herbatą aby było bardziej tortowe, jednak nie pomyślałam o tym. Nie dziwne - żyłam w stresie, mając na głowie jeszcze urodzinowe przyjęcie-niespodziankę dla Kuby, tak więc czuję się w pełni usprawiedliwiona.

Następnie rozwałkowałam (no dobra, Kubuś rozwałkował) 200g lukru plastycznego i pokryłam nim torcik, na koniec udekorowałam, jak widać na załączonym zdjęciu.

Ciasto mamie smakowało. :)

Zdjęcie z komórki, przepraszam za jakość.

PS. Nie ma w nim nic freegańskiego – poza piekarnikiem, ale jest w 100% DIY – gdy mama je zobaczyła, spytała się, gdzie je kupiłam :) - miły komplement, nieprawdaż?