poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Ciasto w miasto!


Każdy z nas kocha ciasta i ciasteczka. Wszyscy chcemy pomagać zwierzętom. Najedz się do syta słodkościami i pozwól w ten sposób Fundacji Viva! dalej pomagać zwierzętom.

Już 29 sierpnia dzięki uprzejmości warszawskiej Klubojadalni Eufemia będziecie mogli na własne oczy zobaczyć, a co ważniejsze - na własnych kubkach smakowych przekonać się, jak smaczne mogą być wypieki w 100% roślinne. Większość mięsa, jaj i mleka pochodzi z okrutnego chowu przemysłowego. Że można zjeść smaczny bezmięsny obiad - to wie każdy. Ale bez jaj i puszyście, bez mleka i kremowo, kto to widział?

Uchylamy rąbka tajemnicy! Kto ma ochotę na inspirowane kuchnią indyjską muffiny imbirowo-jagodowe, słodkie i tłuste karaibskie ciasto kokosowe lub klasyczne i kochane ciasteczka czekoladowe? A może elegancki, bezmleczny tort z kremem waniliowym i świeżymi owocami? Weganie upieką wszystko!

16 - 20 - wielkie obżarstwo i gry zespołowe, gra Full Tandeta Soundsystem
20 - 20.30 - Chów przemysłowy śmierdzi - jak to było w zeszłym roku?
20.30 - film “Królestwo spokoju”

Całkowity dochód ze sprzedaży smakołyków zostanie przeznaczony na prowadzenie kampanii Fundacji Viva! - Chów przemysłowy śmierdzi.

Gdzie? Klubojadalnia Eufemia, Krakowskie Przedmieście 5 (podziemia ASP)
Kiedy? 29 sierpnia (niedziela), godz. 16-22

Chcesz upiec coś wegańskiego na sprzedaż? Skontaktuj się z nami, pisząc na marta AT viva.org.pl

piątek, 11 czerwca 2010

Naleśniki (prawie) idealne

Rok 2011 jeszcze nie nastał, a na blogu pojawił się nowy wpis. Zaskakuje mnie moja sumienność, szkoda tylko, że na innych polach tak dobrze mi nie idzie. Mimo wszystko przyznam, że mnie te częste wpisy cieszą, bo czuję się zachęcona do przygotowywania bardziej wyszukanych niż zwykły makaron z sosem posiłków. Dziś zaszaleliśmy i dosłownie przed chwilą skończyliśmy pochłaniać naleśniki amerykańskie ze śmietaną sojową i borówkami. Niby nieco oklepane, ale dla mnie wyjątkowe, wziąwszy pod uwagę fakt, że nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ile lat temu ostatni raz jadłam borówki.

Każdy ma swój ulubiony przepis na klasyczne naleśniki. Ja np. nigdy nie dodaję do ciasta tłuszczu, bo uważam to za zbędne i lubię, gdy naleśniki są leciutkie i cieniutkie. Z naleśnikami amerykańskimi jest już nieco trudniej. Do niedawna stosowałam prosty przepis: szklanka mąki, szklanka mleka waniliowego, cukier, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, i już. Mam już jednak dosyć słodkiego ciasta naleśnikowego - wolę, aby smak słodki lub słony nadawało cokolwiek, co się pomiędzy naleśnikami znajdzie. Ponieważ mam straszną ochotę zrobić wszystkie przepisy z "Vegan Brunch" na raz (w oczekiwaniu aż ta pozycja znajdzie się w mojej skrzynce pocztowej), sięgnęłam do książki szukając przepisu na klasyczne pancakes. Znalazłam, nawet nie klasyczne, ale idealne: Perfect Pancakes. Oto i one:



Składniki (na 6-7 naleśników o średnicy 15-20 cm):

1 1/3 szklanki mąki
1 szklanka waniliowego mleka sojowego z Biedronki
1/4 szklanki wody
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 1/3 łyżki melasy z trzciny cukrowej
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki oliwy z oliwek

W oryginale zamiast oliwy z oliwek był olej z canoli, mleko sojowe lub ryżowe naturalne, syrop klonowy zamiast melasy i aromat waniliowy. Ponieważ mleka smakowe są z cukrem, zmniejszyłam ilość melasy. Oliwa z oliwek, tak jak sądziłam, okazała się zbędna - jestem pewna, pomimo tego, że naleśniki wyszły smacznie, że bez oliwy byłyby jeszcze smaczniejsze!

Najpierw wymieszałam wszystkie suche składniki, następnie dodałam wodę, mleko, melasę i olej i mieszałam wszystko aż do momentu, gdy większość grudek zniknie. Smażyłam na rozgrzanej patelni z odrobiną oliwy, wylewając po niecałej łyżce stołowej ciasta i nie rozprowadzając go po całej patelni - przez to naleśniki są grubsze i bardziej puszyste, a o takie właśnie chodzi. Przepis proponował smażenie przez 3 minuty z jednej, 1 minutę z drugiej strony, mi po 3 minutach jednak naleśniki się zbyt mocno brązowiły, skróciłam więc ten czas do mniej więcej 2,5 minuty.

Zostawiłam wszystkie na około kwadrans, aby ostygły. Jeszcze przed rozpoczęciem smażenia śmietana i umyte borówki wylądowały w zamrażalniku. Wydaje mi się, że aż do końca sierpnia większość obiadów będę jeść w formie mrożonej. Śniadania już tak jadam. :) Każde z nas wszamało porcję trzech naleśników, przełożonych śmietaną i borówkami oraz delikatnie oprószonych cukrem pudrem. Nie za słodkie, nie za zamulające, pyszny lekki obiad na dzień taki, jak ten (w mniej upalne dni również na śniadanie!) Oczywiście, jeśli przeżyje się stanie nad rozgrzaną patelnią.



Koniec końców, przepis na naleśniki oceniam na udany, ale nie rewelacyjny - tłuszcz w cieście jak najbardziej zbędny.

czwartek, 10 czerwca 2010

Gdy muszę pracować, uaktywniam się na blogu...

Obiecane wcześniej babeczki, czy jak kto woli, kapkejki. Ładne zdjęcia zawdzięczam aparatowi Eweliny. :)

To były moje pierwsze w życiu babeczki! Miałam w pewnym momencie ochotę wszystkie wyrzucić przez okno, szczególnie te cytrynowe, bo wydawało mi się, że nic nie wyszło tak, jak powinno. Kilka godzin w lodówce, o dziwo, poprawiło konsystencję cytrynowych babeczek, a czekoladowe wyszły po prostu cudownie, choć mogły nieco bardziej wyrosnąć.

Co najważniejsze, wszystkie wszystkim smakowały. Przynajmniej nikt nie powiedział wprost, że były niedobre.

Papilotki są z Marks & Spencer - mają tam przesłodkie, tycie-tycie papilotki do trufli w bardzo rozsądnej cenie, zrobiłam przy ich pomocy babeczki z dekoracją orzechową.


Cytrynowe babeczki

Ciasto:

Składniki i proporcje takie same, jak w przypadku cytrynowego tortu. Jeśli dobrze pamiętam, dodałam nieco więcej mleka i ciasto miało bardziej kremową konsystencję, ale tylko troszkę.

Po przelaniu ciasta do foremek piekłam większe około 20 minut, mniejsze 10-13. Jednakże to bardzo nietypowy (czytaj: stary) piekarnik, warto więc zasugerować się standardową w przepisach na babeczki temperaturą 180 stopni C i czasem pieczenia 15-18 minut (w przypadku większych babeczek).


Dekoracja:

Orzechowa

Każdą babeczkę posmarowałam obficie masłem orzechowym i udekorowałam wisienką z domowej konfitury.


Kokosowa

Najpierw potraktowałam blenderem w wąskiej szklance wiórki kokosowe (2/3 szklanki) - potrzeba na to cierpliwości, ale warto, bo inaczej krem nie będzie miał, cóż, konsystencji kremu. Następnie utarłam pół opakowania margaryny sojowej z cukrem (2-4 łyżki, już nie pamiętam), na końcu dodając wiórki. Całość włożyłam do lodówki na 2 godziny. Konsystencja kremu taka, jak należy!



Różowa



Ten krem przyprawił mnie o kilka siwych włosów! Robiłam go praktycznie tuż przed przyjściem Kuby i nic nie szło tak, jak powinno! Najpierw okazało się, że śmietana NaturSoya wcale się nie chce ubijać, dodawałam więc po kolei margarynę sojową, cukier i agar. Pewnie dodałabym tonę budyniu, gdybym miała, i zniszczyła delikatny smak śmietany. Na szczęście budyniu zabrakło a godzina w lodówce spowodowała, że krem zgęstiał, choć do konsystencji bitej śmietany nieco mu zabrakło. Różowy kolor krem zawdzięcza barwnikowi - ekstraktowi z buraka. Na opakowanie śmietany sojowej zużyłam 6 łyżek cukru, gruby plaster margaryny i 2-3 bardzo obfite szczypty agaru. Miksowałam wszystko w sumie z 10 minut, przepełniona desperacją. Na wierzchu kolorowa posypka bodajże Oetkera (zazwyczaj nie używam tej firmy, ale innej w sklepie nie było).



Ten sam krem oraz migdały posłużyły mi do dekoracji babeczek czekoladowych.

Czekoladowe babeczki

Przepis na ciasto wzięłam stąd, lekko go modyfikując - nie dodawałam aromatu migdałowego ani waniliowego lecz wyłącznie pomarańczowy, dodałam zwykłego oleju a nie z canoli, no i zwykłego octu (zarzekłam się kiedyś, że zwykłego octu dotykać nie będę, no ale czasu było mało i wzięłam to, co było pod ręką - dla jednej łyżeczki od herbaty nie będę przecież kupować całej butelki octu, tym bardziej, że pół stoi sobie w mojej lodówce 15 minut stąd, w naszym mieszkaniu).

Składniki:
1 szklanka mleka sojowego
1 łyżeczka octu
3/4 szklanki cukru brązowego
1/3 szklanki oleju
1 1/2 łyżeczki zapachu pomarańczowego
1 szklanka mąki
1/3 szklanki kakao
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli

Przygotowanie:

Najpierw w jednej misce wymieszałam mleko sojowe z octem. Następnie dodałam cukier, olej i zapachy i energicznie mieszałam, aż wszystko zacznie się pienić.

W drugiej misce wymieszałam ze sobą suche składniki, następnie w 3-4 porcjach dodałam je do mokrych składników i ubijałam do uzyskania w miarę gładkiej masy. Ciasto powinno mieć konsystencję pomiędzy kremem a surowym ciastem naleśnikowym, taki budyń.

Wylałam ciasto do foremek, wypełniając je na 3/4 wysokości i piekłam w dobrze rozgrzanym piekarniku. Nawet zmieściłam się w zalecanych w przepisie 20 minutach!

Po wyjęciu z piekarnika, babeczki powinny mieć lekko sprężystą konsystencję. Odstawiłam je na parapet i zostawiłam na półtorej godziny, aby ostygły, a następnie udekorowałam.


To tyle. Następny wpis pewnie w sierpniu 2011 roku, jak znam życie. :)